25. ruthi.blog.pl

screenOcena bloga ruthi

Przerwa była dłuższa – ponad miesięczna, ale proszę o wybaczenie i przeczytanie ostatnich słów przez zainteresowanych, bowiem panna oceniająca ma coś ważnego do obwieszczenia.
A póki co, zapraszam do lektury oceny.

Link do bloga: www

Treść:

Wystarczyło spojrzeć na lewą kolumnę i już można paść trupem. Ale jakoś trzeba zacząć. Więc bierz-ta się do roboty ludzie. Blog ma swój początek w październiku roku 2003 i tak; post pierwszy już w tytle woła nowomową: „JejQ jak fajnie” – nie dość, że mój serdecznie znielubiony kolokwializm to jeszcze i to. Treść? Tak zwany „tytułem wstępu”, podparty paroma kijowo wyglądającymi emotikonami. Cieszmy się, że to nie Onet.Blog. Nota następna; również nowomowa, również zerowa treść (chyba, kogoś obchodzi dzień z życia autorki, jakich spodziewam się usłyszeć jeszcze tysiące) i błędy interpunkcyjne. Nie ma bowiem czegoś takiego jak trzy wykrzykniki. Ewentualnie dwa. Później mamy słowa „thx ludzie!!!” w poście o depresyjnym tytule. Nie tylko ze względu na temat. Następne dwa to nic innego jak bełkot upadającego ze schodów dzieciaka; Jojć! „Boshe!” i „!!!”. Kolejny post; niby ma jakiś refleksyjny tytuł. Niby nawet cytat ma. Jednakże, jeżeli składa się ze zdań: „Życie jest bezcenne - qmple mi ostatnio to uświadomił… czytałam w gazecie artykuł o nastolatakach, którzy wybrali śmierć…” to mnie po prostu serce staje. I to nie ze względu na współczucie do bandy kończących z życiem nastolatków. Notę „It’s rainning (wo)man” przeczytałam w połowie. Pokonały mnie błędy, nowomowa, literówki i brak jakiegokolwiek poczucia tolerancji dla mojego zharatanego estryfikacją umysłu. Następnie, post wiersz. Nie, nie autorki. Z ‘ynterneta’ ściągnięty. Nie wiem, w jakim celu, jeżeli problem nie został dokładnie omówiony. Cóż można napisać po słowach, iż jest się do duszy? Oczywiście, że coś optymistycznego! Z przezadżebistym podsumowaniem; „Pozdroffka dla was i pamiętajcie!!! Koffam Was!!!!!!!!!” – zaraz coś rozwalę. Post „Bajka o miłości” świetny tytuł – gdyby nie nowomowa, może nawet miałoby to jakiś ukryty sens, przykryty złym przedstawieniem. Później nota o niczym z pewnym, dziwnym sformułowaniem: „Natomiast wczoraj do mojego kompa przyszła moja polonistka/koleżanka mamy, bo jej jest popsuty no i siupel!!!” Poszła do ekhm… komputera? Przecież komputer to nie miejsce. Po ilości wielokropków, wielu „fff” i innych takich, oraz niezrozumieniu pierwszego słowa: „Jessiu!!!” (Jezu?) stwierdziłam, iż ten sobie odpuszczę. Tekst pod postem „Wodospady łez” wprawił mnie w radosnych kwik, ewoluujący w tarzanie się po ziemi. Jakieś pytania? Niedopowiedzenia? Wiecie, co sami to sobie przeczytajcie.
Miesiąc następny – listopad. I gadanie o Święcie Zmarłych. Nudne do tego stopnia, iż tylko przeleciałam tekst. Jeżeli za rok powtórzy się ten sam tekst, padnę trupem i będzie po oceniającej. Następnie cały post (oczywiście bez głębszej treści) o kłótni z siostrą i tym, jak to się fałszowało na próbie. Nie widzę sensu tych postów. Gdybym była twoją siostrą/matką/ciotką/kuzynką - super. W innym przypadku, zupa. Dwie kolejne noty opiewają o miłości. A raczej jej braku. Super. Może ktoś tu jeszcze poda swoje rozmowy z niebiańską linią? To już byłoby ciekawsze i bardziej poprawne. Następnego postu nie przeczytam, ze względu na ostatnie słowo w pierwszym zdaniu składowym; „Dziś w końcu nadszedł długo oczekiwany przeze mnie day(…)”. Słowa w „Szary człowiek” i poście kolejnym w końcu miały jakiś wydźwięk. Osobisty, prawie poprawny i dobry. Blog jest (także) od tego, aby zamieszczać w nim swoje uczucia i refleksje. Tylko trzy następne „nadrabiają” swą bezsensownością…. chwilę… nie trzy, cztery, wróć! Jeszcze dwa. Tylko pomiędzy nimi jest coś pokroju „średnio-przyjętego-poziomu”, choć z błędami.
Grudzień – cóż za radość. Tylko sześć postów i dwie piosenki. Jedziemy! Nota pierwsza – nowomowa, dzień z życia, błędy. Standard autorki, który sprawia, że pragnę wyprosić punkty ujemne. Później piosenka – do tego Bajm. Post „happy or sad” – gdyby został wydłużony, poprawiony, mógłby mieć sens i powód by zostać umieszczonym na blogu. Ale tak nie jest. Szkoda też, że nagle, ktoś miast kropki używa wielokropku. Raz, dwa, trzy kolejne posty to ciągłe gadanie o niczym. Ponoć temat jakiś jest. Ponoć nawet tyle błędów nie ma. Jednakże, ja przyzwyczajona do budowy postów-felietonów opartych (delikatnie opartych) na wydarzeniach z dnia codziennego, raczej nie potrafię znaleźć nic barwnego u twórczości autorki w tym okresie. I piosenka. A następnie coś prawie mądrego. Kurcze, awans społeczny – na osiem postów jeden średnio mądry!
Kolejny miesiąc. Rozpoczęty (kto się tego nie spodziewał ma u mnie darmowego florianka) wrażeniami z sylwestra. Chaotycznymi, średnio składnymi i błędnymi. Zarazem. Później coś w głębokim poważaniu mądrego, choć nie dla wszystkich (czyt. mnie) i nota-cudo. Kolejny rozbrajający przypadek „krejzolstwa” autorki: „przefarbowałabym włosy na bordowo (a co tam); styl ubierania zmieniłabym na kontrowersyjny np. jakiś punk albo sk8 przynajmniej odróżniający się od innych…; naukę pozostawiłabym samej sobie… wyruszyłabym w podróz po kraju totalnie bez kasy licząc na łód szczęścia; zrobiłabym milion rzeczy na które nigdy nie miałam czasu bądź nie starczyło mi odwagi; byłabym na każdej imprezie jaka odbywałaby się w mieście i po prostu żyłabym szybko i ciekawie…”. Ha ha ha… . Następnie WOŚP. Też temat oklepany. Później mówienie o zawartości pustego pudełka. No, przynajmniej ja to tak odbieram. O czymś autorka mówi, ale to jest albo mi tak odległy temat, alibo ja go tak nie rozumiem i nie pojmę, w każdym razie nijak nie mogę się do niego ustosunkować. I coś takiego ciągnie się, i ciągnie… do końca stycznia. Mam wrażenie, jakby przyglądała się ubijaniu masła. Wciąż te same problemy, te same wyrażenia. Zero świeżości i innowacji. Czasami jest tak, że człowiek aż pragnie usłyszeć od bloggera wypowiedź na ten temat. U ciebie – nic nie widzę.
Nadszedł luty, a z nim moje coraz gorsze podejście do bloga. Nie wiem ile jeszcze będę w stanie czytać te marne słowne sklecanki, chyba, że nagle coś zaskoczy, ukazując humanistyczną stronę człowieka, w którą można się wtopić. Nota o czasie, ładna. Mogę to w końcu przyznać. Później krótkie opowiadanie – właściwie znośne. Dwa posty o anglojęzycznych tytułach. Olać. Do postu śmierć, wszystko idzie tonem kolokwialnym i nużącym. Czemu zatrzymałam się na poście śmierć? Bo bardzo lubię ten temat i podany we właściwiej formie, chociaż, nie. Dzięki tobie, już wiem, której formy nie lubię. Trzy kolejne noty – powrót do korzeni, pustość i nowomowa. Ta nudność, później przeplatana czyimiś tekstami trwa do końca miesiąca, który uwieńczony został opisem biurka. Jak super… .
Czas na marzec – znów, pierwszy tercet, niczym nudne i trywialne sprawozdanie z dnia. Czwarta, przypomina stylem wywody niektórych moich znajomych. Proszę, więc o inny zestaw postów. I znów; tercet, który „stara się” sobą coś wyrazić. Niby już jest lepiej niż było, ale nowomowa nadal odstrasza a i tak niezapisane to zostało tak płynnym i poczytnym językiem, bym mogła uznać to za dobre. Po „Qul day” (spuśćmy zasłonę milczenia na poprzednią notę) następuje szereg młodzieńczych postów, o charakterystycznej, nastoletniej tematyce. Wiele ich czytałam, pewnie więcej przeczytam. Co oczywiście nie stawia autorki w dobrym świetle. Mamy takie sztampy jak: „Carpe Diem”, „Pomoc”, „Radość czy smutek”, czy w końcu, mój ukochany temat-rzeka, na który nikt nic dobrze nie umie powiedzieć: „Miłość”. Na wierzch nie wychodzi nic nowego, świeżego, twórczego czy nowoczesnego. Po prostu, przyszedł człowiek, począł pisać. Oczywiście, w tym czasie znalazło się parę bulwersów „W pustym domu, przy dźwiękach hip hopu pomieszanego z popem i rockiem, relaksuję się w ten piękny, słoneczny poniedziałek :)” – jak się miesza wszystko, znaczy że nie słucha się niczego. Ale oczywiście, tej tematyki, górnolotnej i tak często nudnej długo się nie pociągnęło i znów odczułam powrót do zakorzenionego pamiętnika, w którym na szczęście, pojawiało się coraz więcej różnych znaków interpunkcyjnych oraz mniej cudnej n-m. Później piosenka. Nie wiem, z jakiej racji, ale piosenka. Następnie zaś, jakiś kijowy okres zakochania. Ratuj mnie Tadziu. Po raz kolejny uratuj mnie z tego morza badziewia, w którym teksty są tak gęste, że nie idzie przez nie przejść łatwo i zgrabnie. Następnie jakieś cuda – jak notatki. O czym? Murwa, boję się myśleć, ale już mnie czarna żółć zalewa, bowiem wertuję blog „od pół roku” i jakoś nic lepiej, nic gorzej. Czysto! Ciągle na zero. Ja śnię – i ileż to czasu przede mną a i inne obowiązki się kroją. Spójrzmy na kwiecień – raz, jakaś pseudo notatka, dwa i trzy, ruskie wiersze (ludzie, wybierajcie oceniających, bo jak na mnie traficie, umieszczając więcej niżeli jeden wiersz, to zdrowo wam się oberwie!). I znówże notatki. I znówże wiersze. A te wiersze/piosenki/krótkie teksty takie głębokie, jak studnia. Szkoda, że puste, wszak ze studni już się nie korzysta. Na koniec kwietnia jakiś cholernie długi cytat. A że w tytule ma „Bóg” ja nawet do tego nie zagląda. Prędzej przystąpię do Wolnomularzy, aniżeli to przeczytam.
Przejdźmy do czerwca. Z początku krótka notka a propos jakiegoś przegenialnego cytaty. I znów wiersze, do których cierpliwości w sobie ni grosza nie znajdę. Jakkolwiek by to na człowieku piszącym to uwłaszczyło. Po wierszu i fragmencie „czegoś” anglojęzyczny tytuł z tematu rzeka. Mojego faworyta. Jakiego? Miłości do licha! I następne „krótkie aczkolwiek nie treściwe posty”. Czuje, jakby przeglądała kartki do segregatorów. Wciąż to samo za tak wysoką cenę mego czasu. W lipcu informacja o powrocie z zawieszenia. Dlaczego, ja się pytam, czemu ktoś to nadal kontynuuje? I parę opisów dnia. Super. Sierpień? Kolejny wiersz. A nie, przepraszam, to tylko autorka tak tekst posklecała. Ugh… . Oddam swoje glany temu, kto czytać to będzie dalej. Żadnych chętnych? Glany moje. Wrzesień: cherlawy cytat, cherlawy wiersz, cherlawy opis dnia. I znów wiersz. Ciągle tę samą zupę mi autorka szykuje. Ja nie wiem jak tak można ciągnąć. Wciąż i wciąż tylko jedno. Gdzieś tak w połowie września mądra refleksja a propos dorastania. W końcu coś, co można ukazać światu. Dalej powrót do normalności, aż do połowy października nic godnego uwagi. Czemu zatrzymuje się tutaj? Bo widzę post w 100% poświęconych Bogu. I tak oto, omal nie zabiłam się waląc w biurko głową. Następny post także inny i także warty zauważenia. Podsumowanie całego roku. Szkoda tylko, że w tytule jest „16 pażdziernika” – ciekawy miesiąc. Potem trzy naiwne próby polemiczne. I pustość; pustość widzę i czytam. Gdzieś tam w listopadzie nota z li i wyłącznie kropcią w tytule. Treść mnie powaliła. Kurde, takie to pełne treści i wymowne, może trochę ironiczne. A wesołe jak Dołek. Poooomocy! I znów jakiś dłuższy opis dnia, od którego zaczęły mnie piec oczy. Ale to i tak było „wyróżniające się”, w przeciwieństwie do reszty tego szrotu, przez jaki się przedzieram.
Spojrzyjmy na styczeń. Już uwaga, 2005 roku. Na początek przesłania, którymi ponoć autorka się kieruje. Aha. Później znów jakiś powalający cytat wklejony „by był”. Później tylko gorzej. Jakieś w głębokim mniemaniu mądre teksty, głównie o znajomych, które mi się przydadzą jak kolejna kupa. Luty jest albo powielaniem tematów z wcześniejszych lat, albo jakimś masłem maślanym również pseudomądrym. Wyłączając oczywiście z tego rachunku ostatni post.
Luty, ponownie; nudnawa nota o facetach, ujęta w dość staromodnym sposobie. Coś mądrego i krótkiego, szkoda tylko, że zabrakło puenty. Później… post. Po prostu – bo nie wiem co autorka chciała wyrazić i raczej się w to nie zgłębię. Następnie dwie noty również chciały wyrazić autora. Zabrakło im jednak stylu, odpowiedniego; charyzmatycznego i, pompatycznego może? Są tematy, potwornie ludzkie i trywialne, ale są. Przedostatnia nota z miesiąca to już coś wyżej, następna, dwa tony niżej (heloł, mi to nie pasi!!?? = = - Opiumowej odbija).
Rozmowa z własnym sumieniem brzmiała dumnie. Brak jej płynności i lekkości, ale jest miłą odmianą w tej nieodświeżanej, pełnej zgnilizny lodówce. Następne dwa posty, wyrównują jednak szalę na niekorzyść autorki. Takie „o niczym” i mam wrażenie, jakby ten temat już raz był na blogu. Po za tym, właściwie mieszanka – raz dobrze, raz gorzej, raz porażka. O Wielkanocy, aniołkowe coś tam – bez polotu i sensu. Wierzę w siebie – właściwie dobre. Pozostałe albo nijakie albo bardzo złe. Dobrze, że kwiecień to tylko cztery posty. Pierwszego nie czytam – Jan Paweł II nie przemówił do mnie i post w 100% mu poświęcony też mnie nie poruszy w dobrym tego słowa znaczeniu. Dwie strony medalu mogę ustawić obok przeciętnych postów, następny zaś, zdecydowanie lepszy i bliższy człowiekowi. W sumie przystępny. Powoli widzę, jak uczymy się pisać do ludzi… . Następny jednak post jest tandetny. Tandetnie napisany, wykończony i pozbawiony duszy. Dziewczyno! Ile ty już się w to bawisz? Półtora roku? I nadal nie wiesz, co ludzie chcą czytać?
Pierwszy post maja – bez komentarza. Drugi ma anglojęzyczny tytuł – nie przeczytam. Trzeci – cytaty (ja chyba śnię! Co ja mam w tym miesiącu ocenić?). Następny – jedno zdanie na krzyż. O dziwo, sensowne. Kolejny – że się tak popularnie wyrażę niepowodzenie. I znów anglojęzyczny tytuł. Potem kicz i tandeta oraz trzy w sumie dobre. Wolne, leniwe, odpowiednie na maj.
Powiem tak; czerwiec zaskoczył mnie pierwszym postem, którego sensu złapać nie potrafiłam. Nie, nie był to słowotok, ani nic w tym stylu. To miało mnie poruszyć, ale nie potrafiło, bowiem nie wiem jaki był temat: dzień dziecka? Samotność? Nie, naprawdę nie pojmuję tego postu. Następnie mamy coś krótkiego, co niezbyt wyraźnie widzę i… łańcuszek? Po jaką cholerę? I do tego z takim Freddi’owym tytułem. Pff. Post Healt – mizerność. Następnie coś „w głębokim poważaniu” mądrego: nie umiem się wysłowić. Rozbroiłaś mnie dziewczyno. Lipca nie ocenię. Bo nie ma co. Sierpień, kolejne podejście do miłości. Ileż można? Co do „raju na ziemi”, co do treści, wolę jednak tekst Anji Orthodox, „W moim kraju” aniżeli twój. Ostatni post z sierpnia znów mnie rozbroił. Aż musiałam go sobie wydrukować. To ty do aż takich wniosków dochodzisz? Niebywałe. Września znów nie ocenię. Jedena nota o niczym? Przepraszam, ja wysiadam. Dwa posty z października, te pierwsze również się pod ocenę nie nadają. Dwa zdania na krzyż i to nie twoje odpadają. Post „Bądź” miał być mądry. Miał, ale nie wyszedł. Do tego już się przyzwyczailiśmy, prawda? Zaczynam sądzić, że to po prostu bardzo mizerny blog i autorka, która może umie pisać, ale tego nie okazuje, prócz tego, jakiś rok temu wyczerpał jej się temat. Listopad – zgadnijcie ile postów! Pięć? Nieee, trzy? Niee, jeden? Taak! Jeeej! I to jeszcze taki prosty i banalny. Spisany chyba tylko po to, żeby nie wyświetlał się pusty miesiąc.
Grrrudzień – który raz to piszę już nie wiem. Temat na pierwszą notę – miłość. Kurde, autorka albo jest strasznie kochliwa albo nie może znaleźć sobie faceta. Potem coś okołoświętowego. W trzecim poście grudnia, miało być mądrze. Ale autorka tak jakoś udziwniła i wypatosowała ten post, że wyszło mizernie.
Styczeń dwa-tysiące-sześć rozpoczynamy postem o tytule: „…”. To już trzeci raz taki sam tytuł a inna treść? Dziwne. Następnie witamy się ze schematem: pustość, anglojęzyczny tytuł, anglojęzyczny tytuł, pustość, anglojęzyczny tytuł i kolejne pustości. Dla mnie, nie ma to żadnego sensu; to o przyjaźni, o miłostkach, nastoletnich rozterkach, które już albo przeżyłam, albo mam je głęboko w nosie, albo mój typ psychologiczny nigdy nie przejdzie. A ostatni post „Słońce świeci nad nami, ogrzewa nasze nagie ciała promieniami” sprawił, że zwątpiłam w to, w którym miesiącu jestem. Cholera jasna – to dopiero styczeń. Luty to właściwie powtórka ze stycznia, tylko więcej w nim anglojęzycznych tytułów, cytatów, oraz formatowania tekstu, który tylko utrudnił mi lekturę. Czy ja kiedyś znajdę coś sensownego, czy może tu już potencjał został wyczerpany?
Trzy pierwsze posty marca znów niczego nie wnoszą. Potem dwa nawet mądre cuda. To jest: w pierwszym mądry jest temat, jego rozwinięcie już mniej, w drugim treść, choć lepiej podana mogłaby być. I znów polana woda. Kwiecień właściwie był… powolnym staczaniem się ze bezśnieżnego stoku na bardzo niepewnych nartach. Koniec mnie urzekł. Stwierdziłam, że albo dorobię sobie herbaty, albo wypierdolę* ten ekran za okno. Mamy mój ukochany miesiąc (bo się w nim urodziłam buahahaha): pierwsza nota pomysłowa, aczkolwiek ze złym tytułem i brakiem dopracowania. Potem coś mądrego, naprawdę mądrego. Dobry temat, dobrze ujęty. Później znów spadek w dół, szczególnie czytając post „Cry or smile”, który podłamał mnie po raz kolejny. Idźmy szybko do czerwca, oszczędzimy co-po-nie-którym smutku. A wiec; trzy pierwsze posty miały być krótkie sensowne i refleksyjne. Wyszły – jak to zwykle autorce, nijak. Następny to przyjacielska wyliczanka odpowiednia dla bardzo TEEN blogów. I znów noty o anglojęzycznych tytułach, właściwie bez jakiegoś wyszukanego sensu. Bo czasem… nie ma nikogo. – było dość mądre, ale napisane od niechcenia i z błędami. Lipiec – jakoś do połowy posty o jakiejś tam przyjaźni, prawie miłości, aż zebrało mi się na nudności. I wszędzie te cholerne pseudo mądre wnioski i wszędzie brak polskich liter i WSZĘDZIE angielskie tytuły. Ratuj mnie Tadziu, po raz setny. Chwile, to nie połowa, a koniec. O! To jeszcze lepiej. Podobał mi się krótki post z zamiarami wyjazdu. Miły był, taki wolny. A potem była szajba – znów źle znów nie tak, jak tego oczekiwałam, grrr… . W sierpniu: kiedy miałaś coś ważnego i osobistego powiedzieć, powiedziałaś i uznałam to za coś dobrego. Kiedy miałaś coś super ważnego do powiedzenia, jak i mało ważnego, też to mówiłaś a ja prychałam na to z ignorancją. Słowem: w sierpniu jeden w miarę ludzki post, o zimnej herbacie. We wrześniu bełkot prawie filozoficzny, czasami eksponowany jak u mnie, gdy chcę się pokłócić a nie mam z kim to wrzeszczę o konflikcie na bliskim wschodzie. A prócz tego, jak zwykle wodolejstwo, pustosłowie, powtarzalność tematów, angielskie tytuły. Popełniać wciąż te same błędy. Litości. Październik – wszystko do duszy strony. Oprócz noty „Wiecie co”. No takie cacuszka to ja poproszę! Eee… listopad, monotonny, jedno tematyczny, jedno stylowy, pusty. Nawet nowa o akcji Free Hugs która i również się we Wrocławiu odbyła jest popsuty. Albo inaczej, w stylu autorki, jest broken. Coś tam na końcu ciekawego było, tylko zbytnio z-enterowane i znów z angielskim tytułem.
Grudzień – wstęp do miesiąca, czyli pierwszy post bardzo dobry. Nie, bardzo dobry jak na autorkę, ale stu procentowo bardzo dobry. No w końcu ktoś coś zrozumiał! Ale – znów rodzi się ale przy następnej nocie. Ktoś zrobił z siebie małą nieznaczącą (ach! Jakież to piękne!) istotkę. Się wnerwiłam. I znowu dwa posty o miłości, po czym trzy gnioty. „Czy mamy prawo oceniać ludzi po tym, jakie mają stosunki z innymi? Z kimś, kogo nie lubimy, nie znamy czy też ubóstwiamy? Chyba liczy się to, jaki ten osobnik jest w stosunku do nas…” – nie, liczy się to, jakie wartości przedstawia ta osoba światu, a nie jak się w stosunku do nas zachowuje. Bo to zawsze można udać, no w najlepszym wypadku udać. Ja naprawdę wierzę w karmę, tak po słowie. A nota z której przytoczyłam cytat? Referatowa, w sumie zgryźna.
Styczeń 2007 (jupi ja heeej) zdaje się dość chaotyczny, ale na sposób wesoły i radosny. Taka wolność, prostość, nota o czymś tam (bo ja już naprawdę mam dość tego bloga) dobra była, ale też sporo jakiś cytatów, czegoś, czego nie lubię – prostactwa i ogólne goło-myślicielstwa. Takie to fajne, bo lekkie, ale i puste, bo nieumiejętnie sklecone. Luty – tylko dwa posty. Nic tylko się cieszyć. Jak egzaminatorzy, wolę widzieć pustą kartkę przy zadaniu niż między milionami działań odszukiwać tych poprawnych. O! Tutaj mamy jeden kwiatek: „Podobnie jest ze zdradą. Facet - no co, zdradził… A kobieta? Puszczalska i tyle.” W filmie coś takiego słyszałam. Może Clerks? A potem post o niczym. Super.
I po raz kolejny trzeci miesiąc roku; taki zwyczajny. Nic się nie wyróżniło, parę błędów było, ale widziało się naraz i więcej. Za to kwiecień był paskudnie miłosnym czasem. Możecie mnie dźgnąć z odległości swoich monitorów, ale… czy ja czasem nie mówiłam, że nie lubię miłości? Ale czekajcie, ten post: „No i będzie qrfa bardzo banalnie teraz.” To mnie zabił po prostu. I znów pustość, albo, nareszcie pustość bo coraz bardziej mam ochotę rzucić tę posadę (albo rzucić się z krawężnika). A teraz ponownie maj. Ale ja się buntuję: niech spojrzy ktoś na ten miesiąc. Czy to w ogóle idzie czytać? Nawet nie chodzi o treść, ale o układ, pogrubienia – jakby jakiś szyfr tajny, który jak się szybko będzie przesuwać oknem to zmieni się w mapę do ukrytego skarbu. Jak ktoś to sprawdzi, niech mi ta znać. I jeszcze te tytuły. I ogólnie: życie… osiemnastolatki? Tak? To tylko pozazdrościć, phi. W czerwcu urzekło mnie to zdanie: „Nie ma rzeczy niemożliwych - udowonodnił to Tom Cruise w Mission Impossible :P” ech, to jest wyznacznik poziomu całego pisarstwa? Przez… pięć lat autorka nie nauczyła się jak pisać by tworzyć i kreować swój pozytywny wizerunek? Dla kogo to blog? Tylko nie wychodź mi tu z tekstem że dla ciebie, bo dla ciebie, to jest proszę świata pamiętnik a nie blog, który byle jaki żółtek może przeczytać i zrozumie z tego tyle, co ja czyli nic. Po prostu się zdenerwowałam, teraz patrząc przez mój ponad roczny staż z ocenieniem, i to jakie oceny wystawiałam paniom, które młodsze od ciebie lepiej pisały a ja na nie narzekałam! Normalnie we łbie się nie mieści. Ja tu oczekuję gruszek na wierzbie, zmian potężnych, a pewna osoba, która jest od ciebie młodsza o te zapyziałe cztery lata porusza bardziej trafne tematy i nie używa tego zatęchłego wynalazku zwanego nowomową, wcale nie posługuje się również emotikonami. Pojechałam, to teraz wracamy do punktu odjechania i czytamy dalej. Z lipca, post rozmowa przypomina mi już jakiś wcześniejszy. A to już podwaliny góry lodowej. „Negatywom świata zatrzaskuję drzwi” – taki mądry tytuł, a taka pusta treść. Bo tu jest wszystko i nic zarazem. Potem znów polanie tego samego – swojego życia, które naprawdę nie różni się życiem od innych ludzi. Dwa następne posty są mądre, ale bez polskich znaków. I taka kupa ciągle…STOP! WRÓĆ! Czy ja widzę: „525,600 minutes…” a na dole przypisek: slucham: Season of Love - ‘Rent’ musical” – no, masz u mnie plusa. Po raz pierwszy masz u mnie plusa. Za Rent, mój ukochany musical. Oczywiście nota nie różni się niczym od poprzednik i nie zawiera krzty sensu, ale obejrzenie Rentu zapamiętam. Połowa września, coś się zaczęło dziać. A raczej pobudziło moje rozleniwione szare komórki. Rzecz jasna, post zatytułowany: „…”, który to już raz z rzędu? Ktoś bowiem stwierdził, że pełne konto to nie wszystko. Brawo! A kiedy dojdziesz do wniosku że „ber & party” to też nie wszystko, zgłoś się do mnie, po odbiór mydlanego Oskara. Potem znów woda, płytka, ale to już nic niezwykłego. Październik: „Znowu spotkalam kogos niesamowitego i przegadalam cal lot” ee… o co chodzi w drugiej części tego zdania? Cały październik jest niesamowicie trywialny i beznamiętny. Taki napisany „dla mnie i moich qmpli”. Kurde, od tego są rozmowy na gg, maile, czaty na Skypie, żeby o takich rzeczach rozmawiać prywatnie a nie tu na blogu rozgłaszać. Listopad, a raczej jego lektura wyglądała tak: Opiumowa siedzi prosto, Opiumowa otwiera buzię, Opiumowa klnie, Opiumowej szczęka odpada, Opiumowa bluzga, Opiumowa opada na klawiaturę ajianb b. Opiumowa wstaje i idzie przełączyć na grudzień.
Grdzueiń dość osobisty, brak polskich znaków. W stanach mieszkasz czy co? Jak tak, to trza było uprzedzić, duchem świętym to ja nie jestem, a i czytać aż tak dokładnie to sił nie mam, bo bym już tu musiała zdechnąć. Ogólnie, w grudniu obserwuję jak to krejzolska w pół dorośnięta dziewoja zmienia się w pesymistyczną romantyczkę. Może być. Czy ja powiedziałam, że ktoś tu dorósł? Pomyłka, wracamy do poziomu roku 2006. I to w styczniu 2008! Ludzie święty, co ja się mam z tą autorką. Kluty, luty, luty bieżącego roku. Jak dobrze móc to napisać. Co w lutym? Nie więcej niż w styczniu. Wyrównany poziom. Właściwie nic specjalnie się wyróżniającego. Ot, kolejne dorastające refleksje, z których będziesz się śmiać za trzy lata, jak ja w tym momencie. Bo to znowu o miłości, o przyjaźni i innych dyrdymałach, o których napisano już wiele i to w lepszy od twojej sposobu.
Sześć stron w Wordzie, tak dla fanów mojej twórczości. Jak to ocenić? Cóż, nie znalazłam za wiele plusów, pomyłka, nie znalazłam chyba nawet pięciu, a namęczyłam się w cholerę. Nawet raz udało mi się przekląć, ale proszę tu zrozumieć moją osobę. Obrywam punkty za nowomowę dwufazową: raz stuprocentową, raz wyrywkową, nieużywanie polskich znaczków, błędy, koślawe czasami zdania, angielskie tytuły i nieusprawiedliwione nie pasujące tytuły, powtarzalność tematów i monotonność wypowiedzi. Na plus nie ma nic.
Rady jednak mam: po pierwsze, zerwij z tym blogiem i zacznij pisać na nowo. Pobędziesz się jarzma starych wpisów, będziesz mogła pisać o starych rzeczach w nowy sposób. W tym momencie podziwiam osoby, które potrafiły powiedzieć: „Koniec. Wyczerpały mi się tematy, wyczerpały myśli, pisać dalej nie będę.” A jak już chcesz to kontynuować to skończ z nowomową, bierz się za poważniejsze i światowsze tematy, poszukaj mniej znanych artystów którzy mogliby ci dostarczyć właściwiej inspiracji.

Punkty: 0pkt

Wygląd:

Rzadko spotykam układ trójkolumnowy połączony z psychodelicznym pomarańczem. Ale różnie to w świecie bywa, jak widać. Więc, po lewej mamy archiwum i księgę gości. Na środku część blogową. Nie pamiętam jak to było na tym serwisie, ale radziłabym jakoś ograniczyć ilość postów do dwóch czy coś, jak można oczywiście. Po prawej linki, które nie wiem, z jakiej okazji są w zamkniętej ramce. Wygląda jakby ktoś nagle nie wiedział, co zrobić. Prócz tego, te dziwne znaczniki „|.” Przy każdej kategorii. Z jakiej to okazji? Jakaś imitacja krat więziennych? Pałek? Metafora czegoś strasznie mądrego? Najważniejsze jednak w szablonie jest ten mały obrazek po środku. Szkoda tylko, że tak jest wtopiony, że nie zrobiłoby mi różnicy, czy by był, czy nie. Ogólnie, nie licząc tej ramki, wrażenie w miarę pozytywne, choć niezaskakujące, inspirujące i szokujące. Taka przeciętna normalność niczym się niewyróżniająca. Nawet ten kolor taki dobry nie jest. Jednakże, patrzyłam na twój blog przez cały ten czas oceny treści i widzę w tym całym majdanie jedną dobrą rzecz: otóż wybierasz szablon zawsze w tym samym stylu. To dobrze, może tak zostać (tylko zrób coś z tymi kreseczkami i scrollem) przynajmniej jakoś, na swój chory sposób cię to indywidualizuje.

Punkty: 6pkt

Klimat:

Podczas pisania oceny, Opiumowa ziewnęła przynajmniej 43 razy. Musiała posilać się Rammstenem, Pidżamą, Hendrixem, Morissonem i Beatlesami. I nic mi nie pomogło w tym, żeby za jednym machnięciem całość przeczytać. Tym bardziej nie pomógł napis: Escape.

Punkty: 0pkt

Dodatki:

Masa nikomu (na serio) niepotrzebnych linków. I na nich kończą się dodatki.
Punkty obcinam za ich brak.

Punkty: 1pkt

Podsumowanie:

Pragnęłam czegoś głębokiego. Czegoś, co zmotywuje mnie do siedzenia nad moim blogiem przez następne lata. Czegoś, co pokaże: prowadź go te zapyziałe cztery lata, aby spojrzeć jak się zmieniasz. A tu kropka. Otrzymałam od autorki jedną zmianę: z 100% nowomowy do ok. 1%. Wszystko szło jednym tokiem myślowym. Mogę powiedzieć tylko jedno: „a pisz sobie, co mi tam”. Bo naprawdę po tych tygodniach mogę stwierdzić, że zmusiłam się do na pewno bezowocnej pracy, która do tego strasznie mnie umęczyła i na nikim nie zrobiła wrażenia. Po tym wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że czasami jestem za ostra, ale to potrafi coś zdziałać. Wierzę, iż i ciebie do czegoś to zmotywuje; do spojrzenia przez pryzmat obcej osoby na rzeczy poważne i niepoważne i próbę sklasyfikowania swojego bloga do jednej z dwóch kategorii. Dla mnie on zawsze będzie niepoważny i krejzolowaty. A takiego obioru raczej niewielu bloggerów pragnie.
Jeszcze adnotacja do ludu: od dziś, żeby nie męczyć innych, długością czasu jaki przypada na ocenę taki tasiemców, ogłaszam iż jeżeli blog będzie miał powyżej dwóch i pół lat, poproszę autora o to, żeby wybrał które chce abym oceniła. Jeżeli nie odpowie wybiorę sobie 24 losowe miesiące.

W sumie twój blog otrzymał 7 pkt, a więc otrzymujesz ocenę niedostateczną.

Ocena użytkowników:

Każdy z Was może ocenić tego bloga przyznając mu dowolną liczbę gwiazdek.

Autor oceny: Opiumowa.

Liczba komentarzy: 8

  1. Mananana Mówi:

    “W innym przypadku, zupa” - …

    Moim zdaniem trochę przesadziłaś. Trochę bardzo.

    Oceniasz bloga - nie osobowość czy styl bycia! To że autorka bloga pisze tak a nie inaczej to nie znaczy że masz to tak bardzo krytykować.

    Pisząc bloga - notki na nim - piszesz to co byś powiedziała. Jakbyś zdawała relację jakąś komuś.

    Nie podoba Ci się w ciul rzeczy:
    a to że autorka nie ma refleksyjnych notek… - a mało jest refleksyjnych blogow? Od tego też rzygac się chce! Trochę codzienności nikomu nie zaszkodziło.

    Dodam też że autorka bloga ma linki do osób znajomych i to znajomi ci z ‘reala’ komentują te notki. To nei jest blog prowadzony dla pół miliona obcych osób, nie jest to blog prowadzony po to by zyskać jak największą popularność. Jest dla kilku osób z myślą o nich. I tyle.

    Zastanów się czasem co piszesz.

    A tak pustej oceniającej to ja na pewno bloga swojego bym nie oddała. Bo prócz nazbyt ambintych słów których było w moim odczuciu przesyt - można by pomyśleć że masz 14 lat.

    PORAŻKA TWOJA.

  2. Mananana Mówi:

    ps.
    i też robsiz dużo błędów. W jednym zdaniu piszezs o sobie w 3 osobie a za sekundę w 1 - śmieszna jestes.

  3. Shitzune Mówi:

    Mananana, mieć 14 lat to nie grzech, a to pisanie raz w pierwszej, a raz w drugiej osobie to chyba zabieg nieprzypadkowy.

    Opiumowa, oj, aż tak źle to wyszło? Na pewno nic się nie da wycisnąć z tego bloga?

  4. Opiumowa. Mówi:

    Jak ktoś mi pokaże to zdanie, to powiem czy było to celowe czy nie. Btw. jak się coś pisze przez trzy tygodnie, to można już się pogubić. Ah - po to się wybiera oceniającego, żeby nie było takich “niedogodności” jak: pani O. woli refleksje od pamiętników i tak dalej.
    Mananana, piszesz że “Trochę codzienności nikomu nie zaszkodziło.”, wiesz, ja tę codzienność miałam do czytania przez prawie “cztery lata”. Prócz tego, uważam że trzeba zdawać sobie sprawę z błędów typu używanie nowomowy i albo takie cuda chować, kasować czy kopiować sobie do Worda ku potomności a nie potem czepiać się, że obniżyłam punktację, bo oceniam całokształt a nie tylko trzy ostatnie miesiące. A gdybym tak właśnie robiła, autorka zgarnęłaby w okolicach 13 punktów.
    Osobiście jestem zdania, że blog prowadzony tylko dla znajomych jest półśrodkiem i półnaturalny. Może gdyby był na hasło, to bym to zrozumiała. Bo ma być tylko dla wybrańców. Ba, czytając czyjeś teksty tworzę sobie pojęcie o danej osobie, które może mi się podobać, lub nie. To taki w sumie mimowolny proces. W końcu każdą cząstką twórczości wyrażamy siebie.

    Shitzune, ja naprawdę sądziłam, że więcej da mi ten blog. Coś “koło trójkowego” (co już u mnie jest czymś dobrym), ale czytanie 25 postu o miłości przeważyło szalę. 0.o

  5. Ruthi Mówi:

    Twoja ocena. Dziekuje za poswiecony czas. Nie mialam pojecia, ze ocenisz caly blog i troche sensu wiekszego to nie mialo, bo naprawde dorastalam, przechodzac przez najglupsze okresy mojego zycia w tym czasie…

    A teraz powaznie: nie uwazam siebie za pisarke. A Ciebie za krytyka. Ilu ludzi, tyle pogladow.

    Btw. nie mieszkam w Stanach, lecz na Wyspach, jednakze pl znaczkow rowniez nie posiadam.

    Nie skasuje bloga, bo jest czescia mojej przeszlosci. A ja sie jej nie wpieram.
    ‘Przeszlosc to dzis, tylko cokolwiek dalej’ pisal Norwid.
    Zgadzam sie z tym Panem 100%.

    I nie martw sie - wiem kiedy ‘trzeba ze sceny zejsc - niepokonanym’. Ale jeszcze nie teraz…

  6. Aga Mówi:

    Jeszcze nigdy nie widziałam tak długiej oceny :)

  7. Opiumowa. Mówi:

    Ruthi, następny razem, dla swojego dobra, bo naprawdę nie chciałam wyjść na tę cholerną jędzę, poproś o ocenienie np. trzech ostatnich miesięcy, żeby nie było nieporozumień ;)
    Powodzenia w Brytanii ;>

    Aga, już dłuższej nie będzie, za dużo mi to czasu zajmuje *.*”

  8. fzjcd kjcfobvdt Mówi:

    gpjzbkmq lmwi ymoi vdizbu vemhdga coetw gtjf

Skomentuj

Uwaga: Akceptacja komentarzy jest włączona, więc jeżeli nie widzisz swojego komentarza nie musisz go ponownie wysyłać.